Zamiar miałem, aby zacząć tak:  „Śmierć (…) nie jest uważana przez ludzi za przyjaciela, lecz za wroga. W naszej refleksji nad nią dominuje mimo wszystko elementarny lęk. Nawet święci nie mogli często opanować trwogi przed śmiercią (…) Głębiej jeszcze się sięga tajemnic lęku przed śmiercią przeżywanego przez samego Jezusa Chrystusa.” (Joseph Ratzinger, Mitarbeiter der Wahrheit).

 

Nawet zakończenie miałem, z tegoż tekstu Ratzingera: „Śmierć jest rozpoczętym zmartwychwstaniem, okropności śmierci są bólami porodowymi nowego życia.”

 

Byłoby jak teologiczna rozprawa, przyczynek do doktoratu. Ale jestem bydlę z Mordoru; minotaur, z łbem ohydnego byka – w opinii niektórych. Nie mnie o świętej teologii pisać, podejrzanej brudnej muzyki słucham. Po swojemu spróbuję.

 

* * *   

 

Wydaje się innym, że sami ze sobą rozgrywamy tę partię. Tylko my widzimy ją po drugiej stronie szachownicy. To jej rzuciliśmy wyzwanie do królewskiej gry, tak się nam zdaje. Siedzimy przy szachownicy i rozgrywamy partię. Inni widzą, że sami z sobą gramy.

 

Gra czarnymi, jak u Bergmana w Siódmej pieczęci. Podeszła nas: jest księdzem, któremu wyznaliśmy grzechy i naszą taktykę.

 

Co w niej dobrego? Bractwa dobrej śmierci istniały.

 

Póki gry, póty nadziei. Ruch figurą skrzypowita. Lśniące włosy i ładne paznokcie. To dopiero zagrywka. Rosną nawet po śmierci. Albo bieganie, eliksir nieśmiertelności.

 

Przecież to niemożliwe, żebym nigdy już nie mógł tego posłuchać, na tamto popatrzeć, owego poczytać.

 

Dbać o tę chemiczną cud-maszynkę, na ile się da. Dieta, broń Bóg nie seta. Chyba żeby zagrać seta.

 

Jeszcze gramy.

 

A jak nie, to przewrócimy szachownicę, ze złości bezsilności.

 

Zresztą, kto wie, do czego będziemy zdolni, jak nie.

 

Odchodzą w dal siną zmysły nasze, my odchodzimy od zmysłów, mimo usilnej nad sobą umysłowej pracy.

 

To nie my toniemy.

 

* * *

 

Łazarza ktoś jeszcze pamięta? Naturalistyczna historia. Jużci cuchnie, bo już jest cztery dni w grobie.

 

Psa zastrzelili na wierchu w połowie sierpnia. Leżał z dziurą w brzuchu. Ciepło, muchy szybko, słodki i mdły zapach truchła. Robale, ptactwo, wstrzymywanie oddechu gdy się mijało. Po dwóch tygodniach została w zasadzie tylko sierść. Trza było zakopać, jak przeszkadzało.

 

Sam se zakop.

 

Cywilizowanie się odbędzie, już nie trzeba maskującego zapachu kwiatów. Dobrze schłodzone lub spopielone ciało, fachowa ceremonia, ksiądz przytomnie proszący, by się modlić, nie zapominać.

 

Śmierć mózgu, koniec cudu myślenia. Bycie już tylko w pamięci drugich.

 

* * *

 

Granica. Za nią już nie bezkres, kolejne wędrowanie. Za nią nic albo zupełnie inaczej.

 

Bractwo dobrej śmierci, Congregatio Bonae Mortis. Wykupywanie dłużników z więzień. Orszak z jednym ocalonym, wykupionym od skazania na śmierć w Wielki Czwartek. Przywilej Barabasza, nadany przez Władysława IV. Wykupiony szedł między dwoma braćmi. W jednej ręce niósł zapaloną świecę, w drugiej trupią czaszkę. Recytacja memento homini mori, insygnia Męki Pańskiej, laski z trupimi czaszkami na końcu. Barabasz jako egzemplum nieuniknioności, uratowany na chwilę, by stać się przypomnieniem.

 

Średniowiecznej Europy misteria, Łazarz, jakiego T.S. Eliot przedstawia: I am Lazarus, come from the dead/ Come back to tell you all, shall I tell you all

 

A co powiedzieć można, poza przypomnieniem nieuniknioności?

 

Jak może być dobra? Zabiera, wszystko zabiera, jak powodziowa fala, jak wojenny front, ogołaca, wykańcza. Unicestwia. Krwawy pot strachu, procesje biczowników.

 

Idea Bractwa czerpie swoją inspirację z chrześcijańskiego nurtu przygotowania człowieka na śmierć. Jego członkowie mieli obowiązek modlić się każdego dnia za konających, rozmawiać z chorymi na temat śmierci i przyjęcia przez nich sakramentu namaszczenia, uczestniczenia w pogrzebie zmarłego konfratra, palenia świec przy trumnie w kościele.

 

Pociecha dla pozostałych, że już nie cierpi. Znamy wszak jedynie ciało, nasz byt z nim nierozerwalny. Nie cierpi, bo już ciało nie żyje. Biochemia. Proces nieodwracalny.

 

Wiatyk. Posiłek i obol na drogę. Metaforyczne, ciało zostaje tutaj, posilone czy nie, z obolem w ustach lub bez. Zostaje na rozpad.

 

Męki przeżywanie i stąd czerpanie. Wpatrywanie się w rozpostarte ciało, przywoływanie imienia.

 

Gdzie sprzymierzeniec, gdzie dobra strona śmierci? Nie można ze mną wygrać, mówi, jak ongi, w sztukach odgrywanych przez wędrowne trupy. A my, niepoprawni hazardziści, gramy. Mamy swoje strategie wyrafinowane, obliczone na pokazanie innym jako i sobie, że nie gramy.

 

Gra, że nie gramy, bo jakże grać, skoro wynik przesądzony.

 

Wydaje się nam, że znamy się na tym. Wypowiadamy się bez pojęcia, za to pewnością ekspertów od katastrof. A ona stoi obok i uśmiecha się z politowaniem, patrzy na hołubce jakie wywijamy w chocholim tańcu.

 

Nie wierć się, mówi, trafię cię w serce. Taki ze mnie aliant.

 

Może dlatego jest dobra?